Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pitu pitu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pitu pitu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Chopa nie ma, baba harcuje

Kompot:

Pyszności dla Stasia:


Się kisi - zdjęcia brak ;)

Do tego dwoje dzieci okąpię, pranie nastawię, koszulę uszyję, dwa ciasta upiekę i jeszcze będę miała dobry humor (parafrazując pewną znaną i lubianą mamcię moją najmilejszą).

środa, 21 sierpnia 2013

Cisza

  Cenię sobie tę nagłą ciszę tuż po (synchronicznym tym razem) uśpieniu dzieci, gdy sapnięcie Stasia wydaje się brzmieć niczym grom nad spokojną taflą jeziora po zmierzchu... Z żalem zostawiam tę ciszę za drzwiami dziecięcego pokoju i wracam do szmeru zmywarki, pralki i... mego ukochanego radia. Głos Barbary Marcinik znakomicie komponuje się z pomrukami innego szumu kojącego moje zmysły. Szpulka, igła, stopka... Nie zasnę, gdy On jest tak daleko, ruszam więc białym, równym ściegiem w noc...

środa, 5 czerwca 2013

Ginące zawody - odsłona druga

  Już wiem, co gdzie i za ile ;) Są hafciarki, glinolepiarki i lepiacze (bardzo interaktywny pan rozkochujący w sobie wszystkie pierwszoklasistki), kowal, stolarz i racuchy - pyszne racuchy! I dużo innych atrakcji. A w tym my, ot, proste kobity szyjące pod chatą siennik (wciąż ten sam). 
  Jak to powiedziała babunia od bibułek: "kto ma dzieciątko, ten ma świątko" :)))


  O, a tak "menczo dziecko":


  Wczoraj jeden chłopiec uparł się, że poczeka, aż Stanisław się obudzi albo chociaż poruszy, bo on nie wierzy, że to prawdziwe...

wtorek, 4 czerwca 2013

Tato w delegacji

  Właśnie uśpiłam 50% mojego potomstwa (brzmi bardziej entuzjastycznie niż jedno, w dodatku to starsze dziecię). Staś walnął sobie po dwudziestej orzeźwiającą drzemkę i jest pełnym wigoru dzidziusiem. A w planach był letnik na sobotni lans... Dla Michalinki ofkors ;) No, dla mnie ewentualnie też, jeśli uda mi się obszyć dzieciaki. A materiały leżą, pachną i mruczą cichutko...


  Szkoda, że nie działa to usypiająco na Stasia...

Ginące zawody

  W skansenie w Ochli trwa impreza "Ginące zawody", na której swoją twórczość, autentyczną i, tak jak w moim przypadku, rekonstruowaną, przedstawiają rzemieślnicy i artyści z różnych stron naszego i nie tylko kraju. Po prawdze nie wiem jeszcze, kto i co dokładnie wystawia i pokazuje, bo biorę w tym udział dopiero od dzisiaj i nie zdążyłam pozwiedzać, ale na pewno jutro wybiorę się na rekonesans po zagrodach. Ja z kolei w chacie z Kargowej (pierwsza z prawej zaraz za budynkiem administracyjnym z salą wystawową) wraz z Teściówką i przy nieocenionej pomocy Stanisława usilnie staram się uszyć siennik. Dostałyśmy zabytkowy len (tak też pachnie) oraz lniane sznurki, którymi nijak nie szło się przebić przez gęsty materiał. Do tego igła postanowiła zdezerterować:


Niemniej jednak, mimo naszych usilnych starań, to Staś był prawdziwą atrakcją: "Oooo, dziecko! Żywe?"


  Ponieważ dziś nie udało nam się skończyć nawet jednego siennika (a w planach są dwa, plus podusia), będziemy stacjonować w skansenie do czwartku, więc wszystkich zainteresowanych, jak to na wsiach drzewiej bywało, zapraszamy do Ochli :)

środa, 1 maja 2013

Praca wre... bez przerwy ;)

  Dziś, dla odmiany, pomagała mi ta oto dama:


  Cztery godziny świetnej zabawy zwieńczonej sukcesem: z widocznych na pierwszym planie różowych skrawków powstała księżniczkowa kiecunia, a i robe'a udało się do końca pozszywać. Jeszcze tylko (tylko? Oł, rily?) ręczne wykańczanie i pochwalimy się efektem finalnym :)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Praca wre

  Choć do niedzieli jeszcze parę dni zostało, to wcale nie jestem pewna, czy wszystkie szyciowe plany się zrealizują. Ponieważ idziemy na nasz tradycyjny bractwowy marsz wiosenny, wypadałoby się do niego odpowiednio przygotować, czyt. uzupełnić braki. A są one spore... Przede wszystkim majdir nie posiada jeszcze żadnego stroju, w którym mógłby się pokazać publicznie (nie od dziś wiadomo, że świecenie tyłkiem odzianym jeno w gacie jakiś czas temu wyszło już z mody), a poza tym dzieci nam ostatnio przybyło, a więc i potrzeby ubraniowe wzrosły. Zaplanowane robótki na najbliższe dni: męskie robe piętnastowieczne, niemowlęca sukienka i czepeczek, lniana sukienka spodnia dla małej wesołej dziewczynki. Taaaaak, to plany. A co z nich wyjdzie? Zobaczymy (jak by to powiedziała Magda Gessler :P ). Póki co, Stasio współpracuje, jak umie najlepiej ;)

 

piątek, 22 lutego 2013

Zasypało

  Dosłownie (bo za oknami wciąż biało, skrząco, ślicznie) i w przenośni (uhh... od czego zacząć?). Zaniedbałam trochę moją prywatną twórczą krainę, moje Cudawiankowo. Ale, nie nie nie - nie z lenistwa! Jak to się ładnie mówi? Z powodu przesunięcia priorytetów ;)
  Chociaż było ciężko, momentami nerwowo i niecierpliwie, doczekałam się nareszcie: jedenastego stycznia powitaliśmy na tym cudnym świecie nasze najnowsze dzieło:


  Staś rośnie sobie pogodnie i uroczo w moich ramionach, przez co maszyna, moja miłość, zeszła ostatnio na drugi albo wręcz piętnasty plan (po drodze jeszcze mocno interaktywna Miniatura, wesoły Tato, stęskniona kuchnia i inne rozrywki dnia powszedniego). Innymi, mniej romantycznymi słowy: dzieci, gary, pieluchy ;) Nie osiadamy jednak na laurach i już niedługo na cudawiankowych stronach pojawi się kilka wytworów moich rąk i wyobraźni.

sobota, 19 stycznia 2013

Candy u Mamuty

O! I jeszcze jedno candy:


Same podkładki wyglądają apetycznie, więc kawa na nich podana smakowałaby wybornie.

Candy Dorotki

  Co to właściwie to Candy? Na razie wiem tyle, że bloger z okazji urodzin swojego wirtualnego dziecka przygotowuje prezent dla odwiedzających. Kartisticzki Cioci Doroci kończą dwa lata (stąd wiem, że już bliżej niż dalej do urodzin Hani;), więc autorka skompletowała taki oto zestaw pyszności:


  Jeszcze nie do końca łapię, jak to to zgarnąć, bo dopiero raczkuję w blogowym świecie, ale może akurat szczęście postanowiło w tym roku skupić się właśnie na mnie? Byłby świetny pretekst, żeby samodzielnie zmontować jakąś kartkę :)

środa, 26 grudnia 2012

Katastrofa!

  Burza hormonów, komplikacje urzędowe i mój "ulubiony" miesiąc w roku mocno osłabiły moją konstrukcję psychiczną. Ale to, co wydarzyło się w pewne piątkowe przedpołudnie dobrych parę dni temu, przepełniło czarę goryczy do tego stopnia, że po prostu usiadłam i płakałam.
Misia, w domu z powodu choroby, na nowo odkrywała zasoby swojej skrzyni z zabawkami. Natknęła się na, niegdyś mocno eksploatowaną, lalę. Tyle że teraz zaczął jej przeszkadzać brak ubranka u "dzidziusia". 
- Misiu, ta lala nie miała ubranka. Ona jest golaskiem...
- ubrać!
- Ale ona nie ma ubranka...
- Uszyj (wypowiedziane słodziej, niż kiedykolwiek dane było mi słyszeć. Nawet z ust Paris Hilton).
  Cóż było robić? Misia wybrała materiał, zleciła kształt aplikacji na ubranko i zaczęłam maszynowy rajd po bawełnianym wykroju. Kilka centymetrów zygzakiem i trrrach - wcięło pół igły. Nu nic - wygrzebałam złamany kawałek, założyłam nową igłę, przydepnęłam pedał i... Nie, nie możliwe - drugi raz z rzędu? Zwolniłam, zastanowiłam się, powoli zakręciłam kołem i...
  Przed oczami stanęły mi te wszystkie lata spędzone razem. A nawet te, kiedy jeszcze się nie znałyśmy. Babcia na początku stanu wojennego, taszcząca do domu ciężką bordową walizkę, lata leżenia odłogiem na strychu vis-à-vis wieży ratuszowej w Świebodzinie, by w końcu mogła trafić w moje ręce! No i się zaczęło: powstawały z jej pomocą moje pierwsze przeróbki sukienek, mediewalne konstrukty, kaftany bezpieczeństwa na paradę Bachanaliową dla moich chłopców ze stancji na Lisiej. Pseudoskórzaną walizką swego czasu zajęły się Gejsza i Kakita, czego obudowa Łusi do dzisiaj nosi ślady. A teraz już nawet ich nie ma... Gdyby nie to, że nie byłam sama, bo szczerze zmartwiona Minia asystowała przy rozpaczliwych próbach wyregulowania igielnicy, wyłabym jak zwierzę w księżycową noc. Musiałam wziąć się w garść i szukać dla nas ratunku. Z pomocą przyszedł nie kto inny, niż fejsik. A raczej jego stali bywalcy. Kilka cennych rad, pytań pomocniczych i sugestii i można było postawić diagnozę: coś się rozregulowało. No i Sylwek, który, jak sam mówił, "kiedyś widział, jak jego mama naprawiała Łuczniki", obiecał, że wpadnie przy niedzieli pogrzebać w maszynie i spróbuje powiedzieć coś więcej. No i wpadli. Całą swoją wesołą gromadką. I mimo remontowego rozgardiaszu, niespodziewanego braku prądu (osobna historia;) i ogólnego chaosu, udało się Łusię przywrócić do żywych. Przez kilka następnych dni tylko na nią patrzyłam (to głównie dlatego mikołajowa peleryna została wykonana w stu procentach ręcznie). Ale jak w końcu ją odpaliłam i zrobiłyśmy kilka równiutkich ściegów, miałam na twarzy wypieki jak Jagna w dzień targowy. Łusia śmiga, aż miło. Jest cicha i precyzyjna jak na początku naszej wspólnej przygody. A w moim świecie przybyło bohaterów. Jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję!

P.S. Lalowe wdzianko dokończyłam ręcznie i pojawi się w następnym poście. Nie chcę budzić Michaliny grzebiąc w jej wózkowni ;)