Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinarium. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Chopa nie ma, baba harcuje

Kompot:

Pyszności dla Stasia:


Się kisi - zdjęcia brak ;)

Do tego dwoje dzieci okąpię, pranie nastawię, koszulę uszyję, dwa ciasta upiekę i jeszcze będę miała dobry humor (parafrazując pewną znaną i lubianą mamcię moją najmilejszą).

wtorek, 21 maja 2013

Zioło

  Nie ma to jak własne zielsko na parapecie:

   
  Z nabytych drogą kupna i daru w ramach podziękowania: bazylii, oregano, majeranku, rozmarynu, tymianku, mięty, jeszcze jednej mięty, lubczyku, selera naciowego i stewii, nie przetrwała tylko stewia. Uważam to za niepomierny sukces!

środa, 8 maja 2013

Gołąbki ziemniaczane

  Ostatnio dowiedziałam się, że jest to regionalna potrawa z moich rodzinnych stron. Szybki telefon do babci w celu potwierdzenia iiii... rzeczywiście! W dodatku Babcia Jasia gorąco poleca. I instruuje telefonicznie (bardzo cierpliwie) na każdym etapie przygotowań. 


 Ponieważ Filip mógłby jeść ziemniaki z ziemniakami podawane na ziemniakach, dzisiejsze danie na pewno wpisuje się w poczet tych ulubionych. Młoda kapucha nadziewana farszem z ziemniaków z boczkiem i cebulką - strzał w dziesiątkę. Kolejna potrawa z klasycznej kuchni polskiej zaliczona!
P.S. Następnym razem nie słuchać łakomczuchów i potrzymać w piecu trochę dłużej, żeby liście bardziej zmiękły.

piątek, 26 kwietnia 2013

Sałatka "targowa" i kanapka "na winie"

  Sałatka "targowa", czyli wszystko, co udało mi się wczoraj fajnego na targu znaleźć: świeży szpinak, pomidory, cebula, szczypior, liście i korzenie rzodkiewki, jaja i łyżka śmietany. Możliwość zjedzenia śniadania we dwoje - bezcenna :)))


  A na drugie śniadanie polecam kanapkę "na winie": Chleb smarujemy masłem i układamy na kromeczce to, co się nawinie:


  ... no, dobra - luuuubię wiosnę ;)

środa, 24 kwietnia 2013

Ciasteczka z musli

  Chodziło za mną coś pysznego i zdrowego. I recyklingowego najlepiej, bo jeszcze kilka paczek musli się uchowało, od kiedy memu lubemu przeszła na nie faza... Poszperałam, znalazłam kilka propozycji, wymieszałam przepisy, a następnie składniki i, tadaaam!, wyszły o takie pychotki:


  Pewnie byłyby jeszcze lepsze, gdybym ich nie przypaliła, ale jak na pierwszy tego typu wypiek, do tego mocno improwizowany, były hitowe!

środa, 17 kwietnia 2013

Sernik

  Nie samymi konkursami człowiek żyje, choć po moich ostatnich wpisach można by było taki wniosek wysnuć. Dzieje się oczywiście sporo, ale brakuje czasu i warunków, żeby sklecić coś sensownego  i wrzucić na bloga ku uciesze gawiedzi. W ramach przeprosin zatem, coś pysznego:


  Nasz świąteczny sernik wyszedł spektakularny. Zaraz potem jednak opadł ;) Był za to całkiem smaczny. Nie jestem fanką serników, ale marzy mi się powrót do smaku z dzieciństwa: sernik ciężki i mokry, nie taki "napompowany", z wyczuwalnymi grudkami sera. W tym celu chyba sama będę sobie musiała od podstaw ten ser przygotować, potem ewentualnie przemielić (ale tylko raz), bo te miałkie pseudosery kompletnie się nie nadają.

piątek, 9 listopada 2012

Piernik Staropolski

  Ponieważ pierwsze koty poszły za płoty (jak głosi poprzedni post), a i do świąt już bardzo mało czasu (ale nie dwa czy trzy dni, jak by można było wywnioskować ze sklepowych dekoracji), przyszedł czas na sprawdzian moich kulinarnych zdolności. Znalazłam w tak zwanym internetowym "gdzieś" przepis na piernik, który trzeba umieszać około dwa miesiące przed świętami, żeby zdążył skruszeć (proces chemiczny nie mniej intrygujący jak przegryzanie). Kupiliśmy przepyszne przyprawy i samodzielnie skomponowaliśmy mieszankę (też na podstawie "gdziesiowego" przepisu). Goździki, ziele angielskie i pieprz trzeba było przemielić, co przyniosło mnóstwo radości moim pomocnikom:


  Korzenny zapach, jaki unosił się przy tej zabawie, jest nie do opisania. Gotowe przyprawy do piernika nie mają szans przy naszym produkcie. Po wymieszaniu z miodami (wybraliśmy lipowy, gryczany i spadziowy) oraz pozostałymi składnikami, przełożyliśmy ciasto do kamionki. W tej formie poczeka niemal do świąt na dalszą część procesu produkcyjnego.


  Nie wiem, jak powinien wyglądać piernik staropolski na tym etapie, bo nigdzie nie znalazłam zdjęć leżakującej masy. Teraz, po dwóch tygodniach, zawartość naszego garnca przedstawia się następująco:


  Hmmm, fotogeniczna to ona nie jest, ale zapach nadal jest niesamowity. 

Mój pierwszy...

... samodzielnie, z ogromnymi wypiekami na twarzy i z wielkim przejęciem poczyniony WYPIEK! Nigdy wcześniej nic nie upiekłam (nie licząc ziemniaków w ognisku). Nie to, że nie próbowałam - owszem (niestety). Skutek jednakowoż był opłakany. Ostatni wybryk, tartę z musem jabłkowym, udało się uratować dopiero na drugi dzień i była zjadliwa tylko dzięki lodom podanym na niej. Po każdym podejściu wzrastało we mnie poczucie, że ja to bym piekła cudownie, ale... nie mam odpowiedniego sprzętu... I tak, w toku mojej ewolucji, dorobiłam się foremki do tarty, blachy do muffinów, foremek do babeczek, wałka, trzepaczek i jeszcze kilku drobnych gadżetów, które, zamiast inspirować, tylko wzmagały frustrację, że mamie takie cuda wychodzą z piekarnika, a mnie nadal nie... Apogeum nastąpiło 21. października, kiedy to z okazji urodzin i cukrzycy dostałam wagę kuchenną - teraz już się nie wymigam (dzięki, Mamuniu Filipka...). I się zaczęło: "jak już masz wagę, to może spróbuj - jak wszystko precyzyjnie poodmierzasz, to nie może się nie udać". No i już ostatnia wymówka poszła się giglać... I całe szczęście! Efekt tego taki:


  Na swój debiut wybrałam murzynka. Swoją drogą, całkiem ambitnie - jakby nawet on mi nie wyszedł, byłby to istotny znak od bogów, że nie powinnam się więcej zabierać za wypieki. Na szczęście ciasto całkiem ochoczo współpracowało i udało się niemal idealnie. No, coś musiałam pogmerać, ale ciut za mocno przypieczony spód jestem sobie w stanie wybaczyć - w porządnym piekarniku już nawet to się nie wydarzy. Ale to już prezentowa podpowiedź na moje następne urodziny ;)

Śniadanie to podstawa!

  A takie, to już w ogóle:


  Chociaż nie lubię przymusu, a słowo "dieta" wywołuje u mnie potężny bunt objawiający się pochłanianiem wszystkiego i w każdej ilości w całkiem sporym zasięgu wokół mnie, tym razem zanotowałam wyjątek. Październikowy turnus w szpitalu poskutkował nakazem zmiany przyzwyczajeń żywieniowych. Zmiana okazała się kosmetyczna i polega głównie na tym, że mam ochotę robić zdjęcia każdemu śniadaniu: jest kolorowo i piętrowo. No i, wbrew wcześniejszym skojarzeniom, moja dieta jest iście bizantyjska: pięknie, z przepychem i do tego duuuuuużo! Duuuużo wszystkiego! Tak to ja mogę już zawsze być na diecie :D

środa, 10 października 2012

Placki z sercem

  Kto powiedział, że placki ziemniaczane to mało romantyczna potrawa? Moim Misiom było bardzo miło wcinać tak ozdobione pychoty:


   Miniatura, co prawda, do niejadków nie należy, ale i tak zwiększyła swój plackowy limit o kilka serduszkowych sztuk :)